Reklama

Droga do domu

Nowiutki dach zbudowanej jeszcze za cara szkoły w Godynicach widać z daleka. Gdy podjeżdżamy bliżej, nad drzwiami budynku można przeczytać napis: „Światełko”. Za progiem domu poznaję wychowawców, którzy nie są tu „na etacie”, lecz na stałe, i s. Elżbietę - urszulankę SJK, której determinacja i wytrwały szturm do nieba doprowadziły do powstania „Światełka”. Poznaję też dwadzieścioro dzieci, z którymi nikt z nas nie chciałby zamienić się na biografie.

Niedziela Ogólnopolska 41/2006, str. 22


Archiwum Domu

<br>Archiwum Domu

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

Najpierw była świetlica - „Światełko dzikuska”. Ta nieco zaskakująca nazwa nawiązuje do św. Urszuli Ledóchowskiej, założycielki Zgromadzenia Sióstr Urszulanek Szarych, których charyzmat obejmuje m.in. wychowanie młodzieży. Św. Urszula pisała, że współczesny człowiek, zwłaszcza młody, czuje w sobie ciężar „dzikusa”, a jednocześnie pragnie być kimś szlachetniejszym, doskonalszym, szuka wzorów i sposobów, by pogrzebać „dzikusa” i stać się „nowym stworzeniem”.

Początki

Reklama

Świetlicę założyła s. Elżbieta, z zawodu pielęgniarka, która na pewnym etapie zakonnego życia przemierzała ulice Sieradza, spiesząc do chorych. Ściśle mówiąc, to lekarze prosili ją, aby poszła z zastrzykami pod konkretne adresy, bo „doustnych leków nie będą tam dzieciakom podawać jak trzeba”. Często były to adresy dobrze znane policji, bo nocne libacje, bijatyki i konflikty z prawem były tam codziennością. Najbiedniejsze w tym wszystkim zawsze są dzieci. Bólem było samo wysłuchiwanie ich zwierzeń: że pod presją bicia i głodu są zmuszane do kradzieży, że noszą po dwie pary spodni „żeby mniej bolało”, że w domu nie pierze się, tylko brudną odzieżą pali w piecu, a szkolni koledzy wymyślają im od „brudasów” i „śmierdzieli”.
S. Elżbieta zaczęła organizować pomoc: odzież, chleb, przybory szkolne. Szybko jednak zrozumiała, że są to tylko działania doraźne, które nie rozwiązują zasadniczych problemów. Nie dawało jej to spokoju. Przełożona sieradzkiego klasztoru zgodziła się, by w dawnej salce katechetycznej zorganizować świetlicę. Placówkę przygotowano dla 24 dzieciaków, na uroczystość poświęcenia - 2 lutego 1991 r. - przyszło ich 46.
- Nie miałam jasno sprecyzowanej wizji, jak od strony organizacyjnej ma wyglądać praca takiej świetlicy, ani też zapewnionych na stałe pieniędzy - mówi s. Elżbieta. - Były dzieci i ich potrzeby, dzieci odepchnięte i zranione przez swoich najbliższych, całym swym jestestwem wołające o miłość, nie taką w słowach i deklaracjach, ale konkretną, prawdziwą. To dyktowało sposób i formy pomocy.

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

Niewiele trzeba, by wydobyć dobro

Już wkrótce trzeba było poprosić władze klasztoru o powiększenie świetlicy - urządzono łazienkę z wanną i pralką, wygospodarowano aneks na kuchnię. Jednocześnie w relacjach z podopiecznymi trwało wzajemne poznawanie się i uczenie siebie, budowanie poczucia bezpieczeństwa i akceptacji. Dzięki pomocy osób świeckich zaczęło się mozolne odrabianie szkolnych zaległości, nauka higieny, był czas na pracę, zabawę i modlitwę. Dzieci uczestniczyły w przygotowywaniu posiłków i w zakupach. Latem i w czasie ferii organizowano im wyjazdy. Już wkrótce okazało się, że niewiele trzeba, aby wydobyć z dzieci dobro, obudzić talenty, wskazać drogę normalnego życia.
W bardzo wielu przypadkach „pogrzebanie dzikusa” jest możliwe - mówi s. Elżbieta. - Dziś znaczna część naszych wychowanków ukończyła szkoły średnie, a niektórzy studia wyższe, założyli rodziny, pracują. Jest wśród nich także kapłan, obecnie na misjach w Wenezueli. Niektórych widuję, niestety, pod sklepem monopolowym. Zawsze grzecznie się kłaniają, więc z głęboko skrywaną nadzieją noszę ich nadal w sercu.

Z pomocą św. Urszuli

Dzieci w świetlicy przybywało. Z upływem czasu okazało się, że degradacja niektórych środowisk rodzinnych postępuje, że toczą się sprawy o ograniczenie władzy rodzicielskiej.
- Wiedziałam, że z takimi problemami nie mogę pozostawić dzieci samych. Przecież zaufały mi, próbowały uwierzyć w siebie i w sens własnego życia. Zgoda na umieszczenie ich w domu dziecka byłaby kolejnym odrzuceniem - mówi s. Elżbieta. - Jedynym rozwiązaniem było stworzenie im prawdziwego domu. Ale była też obawa: czy nie porywam się z motyką na słońce...
Decyzja narodziła się po tygodniowych rekolekcjach ignacjańskich. - Był to dla mnie czas łaski, ale i czas wewnętrznej walki, bo wydawało mi się, że to zadanie przerasta moje siły i możliwości - wspomina s. Elżbieta. - W końcu odnalazłam swoją dalszą drogę, powiedziałam Bogu w dzieciach „tak”.
Kolejne kroki: uzyskanie zgody przełożonych na tworzenie nowego dzieła, ustalenie formalnoprawnych podstaw funkcjonowania domu, znalezienie budynku i funduszy - były coraz trudniejsze. Wydawało się, że na etapie poszukiwania budynku pomysł upadnie, bo kolejne oglądane obiekty okazywały się pomyłką.
W maju br. minęło 9 lat od dnia, kiedy s. Elżbieta przyjechała do Godynic, by obejrzeć starą szkołę. Zastała ruinę: pozrywane stropy, tynki, instalacje, brak szyb w oknach. Przeważyły entuzjazm dzieci i opinia fachowca, który stwierdził, że mury i fundamenty są mocne i warto zainwestować w remont.
Szkoda, że o takich działaniach nie nakręca się seriali, bo opowieść o staraniach o fundusze i materiały nadaje się na scenariusz. S. Elżbieta mówi, że bez pomocy św. Urszuli nic by nie zdziałała. Kiedy sytuacja domowa kilkorga dzieci stała się dramatyczna, 29 maja 1998 r., w patronalne święto Założycielki, po Mszy św. s. Elżbieta schowała jej relikwie do kieszeni habitu i poszła do szefa sieradzkiej firmy budowlanej, prosząc, by rozpoczynał remont. - Nie mieliśmy wtedy ani złotówki, a jednak wszystkie zobowiązania spłaciliśmy w umówionych terminach - mówi s. Elżbieta.

Pod własnym dachem

Już na długo przed 6 stycznia 1999 r., kiedy to s. Elżbieta przyjechała tu na stałe z pierwszą grupą dzieci, ustalono, jak dom będzie funkcjonować: bez sprzątaczek, kucharek i wychowawców na etatach. Podzielono go na 4 rodzinki, a dla każdej przeznaczono 3-, 4- pokojowy segment z łazienką. - Pragnęłam, aby wychowawcy przejęli obowiązki i role rodziców - mówi s. Elżbieta. - Na łamach Listu zamieściliśmy ogłoszenie, że mieszkamy we wspólnocie, zapewniamy mieszkanie i utrzymanie. Zamiast pensji - kieszonkowe. Stopniowo zaczęły się zgłaszać osoby akceptujące te warunki, pragnące spełniać rolę kochających i wymagających rodziców, umiejętnie kształtujących dojrzałe osobowości, przygotowujących dzieci do samodzielnego prowadzenia domu, a przede wszystkim uczących je budowania życia na fundamencie wiary w Boga, Jego miłości i Bożej Opatrzności.
Goście często zazdroszczą pięknie urządzonych wnętrz, niewielkiego oratorium i wzorowo zagospodarowanego otoczenia. „Światełkowa” rodzina dorobiła się świetlicy w osobnym budynku, boiska i placu zabaw, sadu owocowego i ogródka warzywnego oraz stawu. Nawet najmłodsze dzieciaki uczestniczyły - na miarę swoich możliwości - w tych pracach. Były też dni chude. Nikt nie protestował, gdy kiedyś z braku szklanek trzeba było pić z pomalowanych na kolorowo słoiczków. Wzruszające były reakcje dzieci: w czasie, gdy kasa była zupełnie pusta, jeden z chłopców zaproponował, by wziąć pieniążki, które dostał w prezencie od rodziny w dniu Pierwszej Komunii św.... Ważne są też relacje dzieci z ich naturalnymi rodzicami, z którymi nie zerwali kontaktów. Odwiedzają ich w domach, zapraszają na „światełkowe” uroczystości. Bywało, że s. Elżbieta musiała starać się o umieszczenie ojca czy matki w szpitalu. Jedna z matek ostatnie pół roku życia spędziła w „Światełku”. Dzieci nie żywią w stosunku do swoich naturalnych rodziców urazy, nie mają też poczucia krzywdy, chociaż to nie jest łatwe do osiągnięcia. Ale pokój, radość, odbudowa więzi, które są owocem przebaczenia, dają więcej - dlatego warto.

2006-12-31 00:00

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Papieski Medal Zrównoważonego Rozwoju dla kard. Czernego

2026-10-20 15:25

[ TEMATY ]

Włodzimierz Rędzioch

Kard. Michael Czerny

Włodzimierz Rędzioch

Kard. Michael Czerny otrzymuje medal papieski z rąk Petera M.Donohue, rektora Uniwersytetu Villanova w obecności kard. Fabio Baggio

Kard. Michael Czerny otrzymuje medal papieski z rąk Petera M.Donohue, rektora Uniwersytetu Villanova w obecności kard. Fabio Baggio

Kanadyjski kardynał Michael Czerny, jeden z najbliższych współpracowników papieża Franciszka, do niedawna szef Dykasterii ds. Integralnego Rozwoju Człowieka odebrał pierwszy papieski medal za zasługi w dziele promowania zrównoważonego i integralnego rozwoju. Nagrodę ustanowił Uniwersytet Villanova.

Nie wszyscy wiedzą, że Robert Prevost studiował matematykę i filozofię na Uniwersytecie Villanova w Pensylwanii. W 2014 r. ta uczelnia uhonorowała go tytułem doktora honoris causa nauk humanistycznych. I to właśnie Uniwersytet Villanova ustanowił w tym roku międzynarodowe wyróżnienie - Medal Zrównoważonego Rozwoju im. Papieża Leona XIV. Ma on być przyznawany osobom, które wykazują się przywództwem w zakresie odpowiedzialności za środowisko, sprawiedliwości społecznej, troski o najsłabszych i odpowiedzialnego zarządzania zasobami. Uroczystość wręczenia nagrody odbyła się w ramach Międzynarodowej Konferencji Uniwersytetu Villanova na temat Zrównoważonego Rozwoju 2026, zatytułowanej „Odpowiedź na wołanie Ziemi i ubogich”, która odbyła się w Rzymie w dniach 12-15 października. W wydarzeniu wzięło udział ponad 300 naukowców, badaczy, przedstawicieli Kościoła oraz liderów z sektora publicznego i prywatnego. Konferencja była wspierana przez Centrum Studiów Zaawansowanych Laudato Si' w Castel Gandolfo oraz Dykasterię ds. Integralnego Rozwoju Człowieka.
CZYTAJ DALEJ

Marianie wybudowali bezpieczne miejsce dla ocalałych z tajfunu. Powstał film dokumentalny na ten temat

2026-10-20 16:49

[ TEMATY ]

Księża marianie

bezpieczne miejsce

dla ocalałych

z tajfunu

youtube.com/@PomocnicyMariańscy

Krajobraz po tajfunie na Filipinach

Krajobraz po tajfunie na Filipinach

W grudniu 2011 roku tragiczny tajfun Sendong zniszczył tysiące istnień i domów w rejonie Cagayan de Oro na Filipinach. W odpowiedzi na to niewyobrażalne cierpienie, księża marianie wraz z innymi zgromadzeniami, przy wielkim wsparciu darczyńców ze Stowarzyszenia Pomocników Mariańskich wybudowali bezpieczne miejsce dla ocalałych: Wioskę Matki Bożej Miłosierdzia, w której powstało aż 556 domów. Najnowszy film dokumentalny zabiera widzów w podróż do serca tej misji, ukazując nie tylko bolesne wspomnienia, ale przede wszystkim cuda codzienności i triumf solidarności.

Dokument przybliża historię budowy Wioski, jednak w centrum obiektywu stawia przede wszystkim człowieka. Dla twórców kluczowe było odejście od anonimowych statystyk, by pokazać konkretne twarze osób, których życie zmieniło się dzięki wsparciu z drugiego końca świata.
CZYTAJ DALEJ

Oświadczenie Kurii Metropolitalnej Łódzkiej

2026-10-21 12:39

[ TEMATY ]

archidiecezja łódzka

Kuria Metropolitalna Łódzka

Łódź, dnia 21 października 2026 roku

OŚWIADCZENIE
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję