Reklama

60. rocznica Tragedii Polaków z wołynia

Relikwią być

Niedziela w Chicago 28/2003

Rodzina Miszkiewiczów

Rodzina Miszkiewiczów

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

Wypędzeni twierdzą, że co najmniej trzecia część wołyniaków zginęła z rąk oprawców, tylko nieliczni mieli szansę zobaczyć swoją rodzinną ziemię ponownie, jak Irena i Jadwiga Miszkiewiczówne, mieszkające dziś w Chicago.
- Tak naprawdę to nasze nazwisko pochodzi w bezpośredniej linii od słynnego Mickiewicza - wyjaśnia licząca 92 lata matka Jadwigi i Ireny, seniorka rodu - Helena Miszkiewiczówna. - Jednak sowieci, spisując nasze dane z Mickiewicza, zrobili Miszkiewicza i tak już pozostało.
Pani Helena, mimo sędziwego wieku, doskonale pamięta wszystkie szczegóły napadu Ukraińców na Wołyń oraz walk Polaków z przeważającymi siłami ukraińskich band, jakie toczyły się w Hucie Stepańskiej.

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

Tak, jak kto spał, tak wstał...

Reklama

- Wielu z nas uciekało dosłownie w jednym bucie - wspominają wołyniacy. - Za nami wszystko płonęło, słychać było krzyki i strzały. Wybiegliśmy z domu, nie myśląc, że już nigdy tam nie powrócimy. Dlatego niektórzy wyszli boso, inni w koszulach do spania. Nikt nie miał praktycznie przy sobie żadnych dokumentów czy innego majątku. Wszystko pozostało w domach.
W myślach uciekających przez kilkanaście godzin ludzi strach zastąpiony został zmęczeniem, silniejszym od wszystkiego innego.
- Po kilkunastu godzinach ucieczki nie czuliśmy tak wielkiego lęku - mówi Helena Miszkiewiczówna. - Wszyscy byli wymęczeni do ostatniego tchu. Jak tylko na naszej drodze pojawił się łan zboża, w którym można było szukać schronienia przed oczami goniących nas bandytów, to natychmiast tam się chowaliśmy i... zasypialiśmy ze zmęczenia, nawet na stojąco. Wszyscy byli głodni i spragnieni.
Ucieczka przed niechybną śmiercią rozpoczęła się w niewielkiej wsi Huta Stepańska, gdzie wcześniej schronili się właściwie Polacy zamieszkujący okoliczne wioski sądząc, że właśnie w Hucie Stepańskiej, w murowanej szkole czy kościele, będzie można odeprzeć atak Ukraińców. Zanim doszło do panicznej ucieczki, okopano wieś i przygotowano się do obrony. Jednakże po trzydniowej walce i wystrzeleniu ostatniego naboju, ucieczka była koniecznością i wszyscy Polacy skierowali się do najbliższego kolejowego przystanku, do wsi Antonówka.
- Tylko cud pozwolił nam na wydostanie się z rąk band ukraińskich - wspominają po latach wołyniacy. - W zasadzie nie widzieliśmy żadnego innego ratunku, jedynie w Bogu. Kobiety unosiły w górę święte obrazy i modliły się do Boga o zmiłowanie. Głośnym lamentom i płaczom towarzyszył krzyk dzieci, przerywany od czasu do czasu gromkim Hura! bandytów. Pan Bóg nas jednak wysłuchał, zsyłając na całą okolicę potężną burzę i deszcz tak gęsty, że bandyci nie zauważyli nas, ukrytych w łanach zbóż.
Później udało się dotrzeć na kolej w Antonówce. Na kilka kilometrów przed torami czekało na nas wojsko niemieckie - wspomina dalej pani Jadwiga. - Stąd w bydlęcych wagonach pojechaliśmy na roboty do Niemiec. Niemcy traktowali nas bardzo źle, ale nie mordowali. Była więc szansa na przetrwanie, co prawda w niezmiernie ciężkich warunkach, ale zawsze z nadzieją na lepsze jutro. Dziś jesteśmy pewni, że jedynie Boska Moc pozwoliła nam przeżyć, aby ponad pół wieku później stanowić żywe świadectwo tamtych strasznych czasów, być żywą relikwią. Do dziś słyszę jeszcze w uszach przejmujący gwizd lokomotywy ruszającej ze stacji Antonówka. Obrazy z tamtych strasznych czasów wciąż wracają.

Pierwszy powrót na wołyń

- Za każdym razem mieliśmy inne wrażenie, osobiście byłam tam trzy razy. Najgorszy był pierwszy raz. Jechałam z wielkim strachem, że coś może mi się tam przykrego wydarzyć - wspomina swój pierwszy powrót na Wołyń pani Irena. - Jednakże, jak tylko stanęłam na wołyńskiej ziemi, zauważyłam, że niebo jest wciąż takie samo jak przed 60 laty. Ziemia jest także prawie ta sama. Prawie, gdyż zapamiętałam wiele drzew, pagórków oraz drogę. Dziś drzewa zostały wycięte, a pagórki i drogi zaorane. Wszystko po to, aby jak najmniej pozostało z tamtych strasznych dla nas czasów. Aby nie rozpoznać swych rodzinnych domów i nie domagać się ich zwrotów. Jednakże to wciąż była moja Ojczyzna.
Domy we wsiach, oczywiście, stoją, ale prawie nie ma zabudowań z czasów, kiedy mieszkali tam Polacy. W Hucie Stepańskiej nie ma także kościoła i szkoły. Dawna droga to dziś jedynie wąziutka ścieżka.
Pani Irena, uciekając z rodzicami i babcią miała zaledwie 14 lat. Jednakże doskonale pamięta, co się wówczas działo.
- Dziś niezmiernie ciężko nam cokolwiek z Wołynia odzyskać, gdyż wówczas, przed 60 laty nic nie zabraliśmy ze sobą, żadnych dokumentów, papierów, pieniędzy, czy choćby części majątku - wspomina z szklącymi się od łez oczami. - Nikt jednakże wówczas nie myślał, że odchodzimy na zawsze. Raczej spodziewaliśmy się powrotu za kilka dni, najdalej za kilka tygodni.

Przebaczyć, ale nie zapomnieć

92-letnia Helena Miszkiewiczówna nigdy na Wołyń nie wróciła, choć w Polsce bywała.
- Po co rozdrapywać rany, przypominać rzekę krwi płynącą tuż koło cmentarza i leżące wokół ludzkie zwłoki... Nie chcę! Już samo myślenie o tym powoduje, że nie będę spała tej nocy, a co dopiero mówi o powrocie w te miejsca.
Pani Helena doskonale pamięta, jak w czasie ucieczki przed Ukraińcami polscy żołnierze żegnali się z cywilami na kilkanaście godzin przed spotkaniem Niemców.
- Wszyscy płakaliśmy i wydawało się, że wraz z nami płaczą wszystkie drzewa w lesie, jakby wiedziały, że już nigdy nie wrócimy w te strony. Boję się, że gdy znów stanę w tym lesie, usłyszę ten przerażający płacz.
Choć pani Helena nie myśli o zobaczeniu rodzinnych stron i Huty Stepańskiej, wciąż pieczołowicie przechowuje ziemię oraz kłosy pszenicy przywiezione przez córki z Wołynia.
Dziś, po 60 latach od strasznych wydarzeń, wiemy, że z Wołynia nie zdołała uciec prawie połowa mieszkających tam Polaków. Dziś w każdej wołyńskiej rodzinie co najmniej dwie osoby nie doczekały wolności, umierając w niemieckiej niewoli bądź wcześniej - w partyzanckich walkach na Ukrainie.
- Trzeba przebaczyć, ale nigdy nie zapominać. Nie noszę w sobie żalu, mimo że wielu z oprawców wciąż żyje spokojnie na Wołyniu - mówi pani Irena. - Przebaczyć należy nie tylko słowem, ale prawdziwie - sercem. Nie możemy jednak zapominać, bo przecież, gdyby nas stamtąd nie wygnano, to pewnie do dziś mieszkalibyśmy tam w spokoju.
Państwo Miszkiewiczowie po przejściu przez niemieckie obozy pracy, w których panowały bardzo ciężkie warunki, wybrali emigrację. W 1951 r.dotarli do USA i do Chicago, gdzie mieszkają do dnia dzisiejszego. Jak mówią sami o sobie, wołyniacy to ludzie bardzo spokojni i cierpliwi, o wyjątkowej wewnętrznej radości, którzy prawie nigdy nie narzekają na życie.
- Po tym, co przeszliśmy, wydaje się, że już nic gorszego nas spotkać nie może - wyjaśniają swoją nieustanną pogodę ducha.
Tą pogodą i radością życia dzielą się oni na wszystkich spotkaniach chicagowskiego Koła Ziemi Wołyńskiej, które działa na amerykańskiej ziemi ponad 46 lat. W sumie wołyniaków jest tu ponad 300, na spotkania przybywa jednakże około150 osób, więc wszyscy się znają. Chicagowscy wygnańcy z ziemi wołyńskiej utrzymują prywatne kontakty z krajanami zamieszkującymi Kanadę czy nawet Australię. Organizując bankiety i inne imprezy, starają się pomóc finansowo tym, którzy zostali na Wołyniu, w Polsce.

2003-12-31 00:00

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Niezwykłe odkrycie podczas budowy w Lesznie. To mogą być pozostałości kościoła

2026-09-14 09:45

[ TEMATY ]

Leszno

Adobe Stock

Podczas prac przy przebudowie Sali Widowiskowej MOK przy ul. Bolesława Chrobrego archeolodzy natrafili na kamienno-ceglane fundamenty - informuje miasto Leszno na swoim profilu na FB.

Istnieje duże prawdopodobieństwo, że są to pozostałości kościoła pw. św. Ducha i św. Barbary, ufundowanego na przełomie XVI i XVII wieku przez Zofię z Bnina Opalińską.
CZYTAJ DALEJ

Święta od czyśćca

Niedziela Ogólnopolska 37/2025, str. 22

[ TEMATY ]

Święta Katarzyna Genueńska

pl.wikipedia.org

Św. Katarzyna Genueńska

Św. Katarzyna Genueńska

Jako pierwsza określiła cierpienia dusz czyśćcowych jako mękę i żar miłości.

Katarzyna Fieschi urodziła się w Genui. W dzieciństwie została osierocona przez ojca Giacoma. Matka – Francesca di Negro zapewniła dzieciom wychowanie religijne. W 16. roku życia Katarzyna została przymuszona do małżeństwa z Julianem Adoro. Związek nie był szczęśliwy. Przez kilka lat Katarzyna żyła w osamotnieniu, po czym podjęła życie towarzyskie właściwe jej sferze. W marcu 1473 r. doznała łaski nawrócenia i przemiany. Odprawiła spowiedź generalną i zaczęła się dużo modlić. Podjęła też działalność charytatywną. Miała częste objawienia Pana Jezusa, który pewnego dnia pozwolił jej nawet spocząć na swojej piersi. Kiedy indziej ujrzała Boskie Serce całe w płomieniach. Chrystus pozwolił jej przytknąć usta do Jego Serca. Spowiednik zgodził się, by przyjmowała codziennie Komunię św., co w tamtym czasie było nowością. W ostatnim okresie życia miała częste wizje, przeżywała dar uniesień i zachwytów, które trwały nieraz kilka godzin.
CZYTAJ DALEJ

MSWiA nawiązało współpracę z Caritasem. Przeszkoli Polaków z ochrony ludności

2026-09-15 10:44

[ TEMATY ]

Caritas

MSWiA

Adobe Stock

MSWiA nawiązało współpracę z Caritasem, który będzie szkolił Polaków w powszechnych warsztatach ochrony ludności. To kolejny społeczny partner MSWiA po Polskim Czerwonym Krzyżu i Związku Ochotniczych Straży Pożarnych RP, który zajmie się organizacją bezpłatnych, praktycznych szkoleń. Dzięki temu wiedza o bezpieczeństwie będzie mogła docierać do kolejnych grup obywateli. Współpraca z Caritasem pozwoli łatwiej dotrzeć z wiedzą o bezpieczeństwie do osób, dla których internet nie jest głównym kanałem informacji. W 2026 roku blisko 9,5 tys. osób zostało przeszkolonych na warsztatach w całej Polsce. Dodatkowo 400 tys. uczestników wzięło udział w Akademii OLiOC - informuje MSWiA.

Powszechne warsztaty ochrony ludności odbywają się już od połowy maja 2026 r.
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję